niedziela, 29 lipca 2012


W XXI w. pogłębiono zastosowanie matematyki w inwestowaniu. Zmatematyzowano pojęcia ryzyka, zysku, asekuracji (hedging), obstawień, opcji, czy derywatów. Kierowano się ideą wypracowania ocen ilościowych ryzyka i związanego z tym inwestowania w weksle firm, będących dodatkowym kanałem dopływu gotówki od drobnych inwestorów (inwestujących w fundusze weksli) do rąk firm. Aby zwiększać dopływ gotówki do firm maklerzy chcieli przewidywać efektywność swych inwestycji, by dobrymi wskaźnikami sprzedawać więcej akcji bondowych.

Metodę oceny efektywności inwestowania w weksle opracowali ekonomiści Fisher Black i Myron Scholes oraz Robert Merton w 1973 r. Model Black-Scholesa zyskał sporą przydatność w latach 90. na Wall Street, czego dowodem było przyznanie im Nagrody Nobla w 1997 r. Model ten ma na celu określenie wartości aktywów w określonym czasie w przyszłości, przy pomocy abstrakcyjnych wskaźników typu stopa procentowa, wartość portfela, cena, przy której warto sprzedać, koszt zakupu, wahadłowość ceny, itp. W wyniku rozwiązania układu równań otrzymuje się wskaźnik ryzyka, zakres zabezpieczenia się (hedging) oraz sugestie, o co do dalszego inwestowania. Metoda ta zmieniła system inwestowania na Wall Street, tak jak komputer IBM Big Blue zmienił pogląd na szachowy geniusz Garrego Kasparowa.

Zastosowanie kompleksowej zmatematyzowanej metody inwestowania na przełomie XX i XXI wieku zakończyło tradycyjny sposób inwestowania, oparty na intuicyjnym wyborze „orzeł czy reszka”, czy sprzedać czy kupić a może trzymać akcje? Emocje maklerów, będące sztuką inwestowania, prowadzące do sukcesu lub porażki, na przykład w wyniku zapomnienia albo zapamiętania lub skojarzenia czegoś – przeszły do lamusa. Teraz szefowie (CEO) wielkich firm inwestycyjnych zostali wyposażeni w matematyczne narzędzie oceny ryzyka i koniecznego zabezpieczenia.

Tradycyjne inwestowanie oparte na „alchemii” maklerów, których wiedza i mądrość robiła więcej pożytku od rzeczywistych alchemików, którzy ołów chcieli zamieniać w złoto. Ale matematyka zamiast zupełnie zlikwidować „alchemię” w inwestowaniu, o dziwo powiększyła ją. Apetyt zaczął rosnąć wraz z jedzeniem i zaczęto szukać olbrzymich zysków w handlu akcjami. Maklerom dano wolną rękę w robieniu błędów w inwestowaniu. Średnio dobry makler mógł zrobić błąd rzędu 40 potem 60 mln. dol. dziennie. Innego dnia przynosił dwukrotny zysk i byle jego/jej bilans był pozytywny. Niektórzy potrafili przynosić firmie kilkaset milionów zysku rocznie. A potem stracić tyle samo.

W Sowietach „matematyka” nie przynosiła szkody, ale w Zachodniej Cywilizacji puszcza inwestorów (zwłaszcza drobnych) z torbami. Co najbardziej ludzi denerwuje to to, że na tego rodzaju niefortunnych transakcjach inwestorzy tracą, a niezależnie od wyniku transakcji, CEO dostaje astronomiczne premie w nagrodę.

obserwatorfinansowy.pl

0 komentarze: